Największe widowisko świata

Mówią, że karnawał w Rio jest największym widowiskiem świata. Może i tak… Bez wątpienia jest to wyjątkowy okres w życiu miasta. Jedni go kochają, rzucają się w wir ulicznej zabawy, inni nienawidzą, zostają w domach, lub uciekają w jakieś spokojniejsze miejsce.

Piątek

Piątek to dla większości jeszcze dzień pracy, ale nie w pełnym wymiarze godzin. Wczesnym popołudniem już można oddać się karnawałowemu szaleństwu. Kolorowy tłum zalewa place i ulice miasta w poszukiwaniu muzyki i dobrej zabawy. Alkoholu szukać nie musi. Uliczni sprzedawcy są wszędzie…

grunt to kreatywne przbranie. foto: Julia Schaefer

grunt to kreatywne przbranie. foto: Julia Schaefer

Podstawa to przebranie. Wystarczy symboliczny kapelusik, różki lub kiczowaty kwiat we włosach, jednak spora część cariocas jest znacznie bardziej kreatywna. Tak oto na ulicach miasta można zobaczyć takie zjawiska jak gigantyczne niemowlę, chodzącego hot-doga, człowieka-krowę, człowieka-bombę czy nawet mężczyznę do złudzenia przypominającego Whitney Houston.

Ja aż tak kreatywna nie jestem. Zakładam wygodne baletki, najmniejsze szorty i bluzeczkę jaką posiadam, obsypuję się hojnie brokatem, smaruję usta ciemnoczerwoną szminką. We włosy wpinam sztuczny kwiat. Uznawszy, że wyglądam już wystarczająco „karnawałowo” ruszam w miasto.

Grunt to znaleźć dobrą imprezę uliczną (bloco). Znajomi, którzy od urodzenia spędzają karnawał w Rio podpowiadają, które blocos są dobre: Boitatá, Karmelitki, Sierżant Pieprz, Sympatia to Prawie Miłość, Grupa z Ipanemy, Zmęczony Pies, Latająca Orkierstra

Odradzają natomiast najsłynniejszy bloco – Bola Preta. „No chyba, że chcesz, żeby cię zmiażdżyli” – śmieje się Eduardo – „Ja tam nie idę, jest za tłoczno”. W tym roku Bola zgromadziła 2,2 mln osób (czyli więcej niż Warszawa ma mieszkańców).

Sobota

Karnawał to czas szaleństwa i wolności. W metrze panowie bez koszulek, przebrani za sexy policjantów chętnie integrują się z grupą pielęgniarek. Rozochoceni sympatycy Vila Isabel (jedna ze szkół samby) głośno śpiewają postukując przy tym rytmicznie w dach wagonu. Turyści z Turcji z zaciekawieniem przyglądają się scence. Nieśmiało pytają czy mogą zrobić zdjęcie.

Piwo to zdecydowanie podstawowy napój karnawału. Niektórzy wybierają mocniejsze trunki, ale ogólna dostępność browarów, w połączeniu z ich ceną i promocjami „im więcej tym taniej” nakręca konsumpcję. Zresztą, czy jest coś lepszego w upalny dzień niż łyk zmrożonego piwa?

Kolorowy tłum na jednym z blocos. foto: Julia Schaefer

Kolorowy tłum na jednym z blocos. foto: Julia Schaefer

Wesoły tłum podskakuje w rytm znanych wszystkim melodii. Śpiew na ustach, pot na licach, zimne puszki, skąpo odziane ciała. Kolory i entuzjazm. Zakonnica całuje się namiętnie z diabłem. Ludzie dookoła gwiżdżą. Krzyczą: „Ca-łuj, ca-łuj, ca-łuj!” zachęcając kolejną potencjalną parę do bliższego poznania się. Zakonnica uwodzi pięknego Mulata z nagim torsem. W pięć sekund jest jej.

Dobrze jest się przebrać. To nadaje nową tożsamość. Murzyn przebrany za anioła dostojnym krokiem przechadza się wśród tłumu i „błogosławi” co urodziwsze panie. Brodaty mężczyzna przebrany za niewiastę figlarnie gładzi się po piersiach i uwodzicielsko przygryza palec. Dziewczyna w stroju żebraka podchodzi do przechodni prosząc o drobne na jedzenie. Zamiast tego dostaje browara i garść prezerwatyw.

Blocos, blocos, blocos... od rana do wieczora. Ale nocną porą czeka jeszcze jedna atrakcja: sambodrom! W sobotę jest pokaz szkół samby z drugiej ligi (grupo de acesso), w niedzielę i poniedziałek z pierwszej (grupo especial).

Szkoły z drugiej ligi bardzo poważnie podchodzą do zadania, nie odstają poziomem od tych „najlepszych”. Trybuny pełne, trudno znaleźć kawałek wolnego miejsca. Melodie, mimo iż wcześniej znane niewielu, szybko wpadają w ucho. Tłum entuzjastycznie wita każdą ze szkół. Śpiewa razem z nimi. Gigantyczne, kolorowe platformy symbolizujące temat przewodni tegorocznej samby powoli przetaczają się przez sambodrom. Piękne, skąpo odziane mulatki o umięśnionych udach uśmiechają się promiennie. Kolumny przebranych osób stanowią starannie przemyślaną całość, nad którą projektanci karnawału (carnavalescos) myśleli miesiącami.

Każda szkoła co roku ma temat przewodni. Jemu podporządkowane jest wszystko: słowa i melodia samby, ruchome platformy (pojazdy alegoryczne), kostiumy defilujących. Zazwyczaj gloryfikuje się postać zasłużoną dla kultury brazylijskiej, ciekawą tradycję albo wybrane miasto/region kraju. Czasem zdarzają się jednak tematy dość nietypowe, jak choćby jogurt czy Luma de Oliveira (była żona najbogatszego Brazylijczyka), żeby podać przykłady z tego roku. Sponsoring jest w takich przypadkach nie bez znaczenia.

Parada na sambodromie trwa prawie do rana. Walka ze zmęczeniem staje się coraz cięższa. Tuż przed końcem poddaję się. W końcu jutro rano jest Bola Preta.

Niedziela

Zaspałam na Bolę! Zdążyć na bloco wcale nie jest tak łatwo. Zwłaszcza, że te lepsze często zaczynają się wcześnie rano i trwają dwie, góra trzy godziny. No ale kto powiedział, że będzie łatwo. Twardzi zawodnicy (do których niestety nie należę) śpią po 2-3 godziny dziennie, żeby załapać się na jak najwięcej karnawałowych atrakcji.

Ulica karnawałowego Rio. foto: Julia Schaefer

Ulica karnawałowego Rio. foto: Julia Schaefer

Tłumy przetaczają się ulicami od bloco do bloco. Pozostawiają po sobie pogniecione puszki, plastikowe kubeczki, części kostiumów, promocyjne gadżety. Uderza zapach moczu i rozlanego piwa. Kolejki do toi-toiek są gigantyczne. Stanowią kolejny pretekst do nawiązania nowych, jednorazowych znajomości.

Niedziela wieczór. Okolice sambodromu. Atmosfera zgiełku, wesołości. Gromada chłopaków przycupnęła na krawężniku. Wyglądają jak z piekła rodem. Ich kostiumy są bardzo przekonujące. Ciała usmarowane węglem, futrzane przepaski na biodrach, ogony i rogi. Fukają na przechodniów. Jeden z nich beztrosko rozłożył się na asfalcie. – Jesteście ze szkoły samby? – pytam – będziecie defilować? Patrzy na mnie pustym wzorkiem i z wywieszonym językiem przecząco kręci głową. Inny przestępuje z nogi na nogę, ciągnąc za sobą przypalaną lalkę. Syczy, zatacza kręgi, bełkocząc niezrozumiale.

W ustawionych na ulicy budach można kupić hot-doga, pieczoną kiełbasę, zimny browar. Wiele osób kumuluje się wokół, aby zobaczyć sambowe parady w telewizorze. Nie przeszkadza słaba jakość obrazu. – Ty widziałaś wejście Porteli? – emocjonuje się młody Mulat – to moja szkoła, moja duma! – klepie się otwartą dłonią po piersi. Dwaj koledzy wtórują mu, śpiewając tegoroczną sambę.

Poniedziałek.

To dla mnie wielki dzień. Po raz pierwszy w życiu przejdę przez sambodrom. Marzyłam o tym od wielu miesięcy. Dużo czasu spędziłam na próbach w mojej szkole – São Clemente. Samba wyuczona na pamięć. Mogę zaśpiewać w nocy o północy. Podoba mi się. Jest o musicalach. Pogodna i radosna. Bez pretensji i pompy.

Parada São Clemente. źródło: São Clemente

Parada São Clemente. źródło: São Clemente

Parę minut przed dziewiątą wieczór. Wraz z pięćdziesiątką identycznie przebranych dziewcząt stoimy w oczekiwaniu na wielki moment. São Clemente ma iść pierwsza. Strój ciąży. Jest gorąco. Pot spływa stróżkami po ciele. Buty uwierają w stopy. Cierpliwie czekamy. Huk petard i sztucznych ogni zwiastuje nasze wejście. To jest ta chwila!

Tem bububu no bobobó!” – wibrujący głos Igora Sorriso, rytmiczny dźwięk bębnów, skrzypce… po plecach przebiegają mi ciarki. Wchodzimy. Moja grupa jest jedną z pierwszych, przede mną gigantyczna ruchoma platforma, za mną jakieś cztery tysiące osób… Na zakręcie nie udaje się utrzymać szeregu. Boję się, że szkoła straci punkty. Nerwowo pokazuję do koleżanki, żeby przybliżyła się do mnie. Szybko jednak rozgardiasz udaje się opanować i w równych rzędach, z uśmiechem i sambą na ustach wkraczamy na sambodrom. Światło reflektorów i wszystkie oczy skierowane są na nas…

Dzielnie maszeruję, sambuję, kołyszę ogromną krynoliną. Przytrzymuję kapelusz i perukę, aby mi się nie zsunęły. Na trybunach spora grupka z flagami São Clemente. Wymachują żółto-czarnymi balonikami. Wiele osób śpiewa naszą sambę. Machają do nas. Śmieją się na widok gigantycznej dmuchanej lali, która unosi się nad kolorowym roztańczonym korowodem.

Nagle wszystko się kończy. To niesamowite. Idę przez sambodrom jakieś 40 minut, a wydaje się jakby to było 10-15. Schodzę ze „sceny” i nagle czuję ból w stopach, kostium staje się nieznośnie ciężki. W domu współlokatorzy pomagają mi się wyplątać z gorsetu – zbroi. Uwolniona padam na sofę, wyczerpana, ale szczęśliwa.

Wtorek

To oficjalnie ostatni dzień karnawału. Trzeba go maksymalnie wykorzystać. Tym razem udaje się dotrzeć na czas na poranny bloco. Santa Teresa, malownicza dzielnica położona na wzgórzu jest idealnym miejscem dla występu Karmelitanek. Moja samba postawi cię na nogi… – krzyczy podskakujący tłum. Świetny tekst na skacowany poranek. Dopiero dziesiąta, a słońce operuje jak na Saharze. Sześćdziesięciolatek z miną rozrabiaki polewa zimnym strumieniem rozgrzaną ludzką masę. Nagrodzony zostaje okrzykami aprobaty. Dwaj sprytni panowie przebrani za jaguary wspięli się na ogrodzenie, gdzie schronili się w cieniu. Na tle rosnącej za nimi bujnej roślinności wyglądają jak w naturalnym habitacie. Rytmicznie kołyszą się w rytm muzyki.

Koniec występu. Kolejny bloco… Z każdym następnym, coraz mniej entuzjazmu. Ludzie czują, że coś wspaniałego się kończy. Że jutro już środa i że następna taka zabawa dopiero za rok… Wszystko powoli gaśnie…

Resztki kostiumów ze szkół samby leżą smętnie na śmietnikach. Nikomu już nie są potrzebne. Mienią się złotym połyskiem, cekinami, jakby prosiły, aby ktoś je przygarnął. Może ktoś dla zabawy je weźmie, aby porzucić parę kroków dalej. Rano przejedzie śmieciarka. Nie zostanie śladu po karnawale.

Środa wieczór. Słabo oświetloną, pustą ulicą chwiejnie kroczy fan jednej ze szkół samby „Salgueiro to miłość, którą noszę w sercu…” – krzyczy ile sił w płucach. Jego krzyk niknie w oddali. Przechodzień zataczając się, niknie za zakrętem. Pozostaje tylko zaśmiecona ulica, która w blasku latarni wygląda jakoś smutnie…

Reklamy
Opublikowano uncategorized | 3 Komentarze

Rio 40°C

Kiedy cztery lata temu po raz pierwszy postawiłam stopy na brazylijskiej ziemi, uderzył mnie specyficzny zapach. Trudno go opisać. Duszna woń tropiku, ocean, rozgrzane miasto… Ten zapach, wciąż taki sam, latem wydaje się być jeszcze intensywniejszy. Zresztą, jak wszystko o tej porze roku.

Rio latem. Foto: Carola Duarte

Rio latem żyje intensywniej. Wspaniale się prezentuje. Bezchmurne, błękitne niebo stanowi piękne tło dla skąpanych w słońcu budynków. Wszystko wygląda radośniej. Barwy są bardziej nasycone. Zatoka Guanabara mieni się w promieniach słońca.

Centrum miasta, około południa. Uliczny termometr wskazuje 40°C. Przemykam w cieniu. Tam jest odrobinę chłodniej. Z przyjemnością zanurzam się w chłodzie mijanych klimatyzowanych sklepików.

Ulice zalewa morze ludzi z okolicznych biurowców. Urzędnicy w dobrych humorach udają się na lunch. Przed upałem schronią się w chłodnych restauracjach. Gorzej mają uliczni sprzedawcy, którzy w skwarze próbują pogonić swój towar, niestrudzenie pokrzykując, zachwalając jego atuty.

Dwie dziewczyny sprzedają karty SIM. – Tim, Claro, Vivo, Oi – przekrzykują się nazwami operatorów. Żeby urozmaicić sobie pracę, modulują głos. Efekt jest dość komiczny. Przechodnie uśmiechają się pod nosem. Dziewczyny też mają przednią zabawę. Wesoło poszturchują się nawzajem.

Dwóch handlarzy schroniło się w bramie przed upałem. Nie wyglądają na specjalnie wykończonych wysoką temperaturą. Mają poważniejsze problemy na głowie. – Joana powiedziała mi, że liczy na coś poważniejszego… – mówi jeden do drugiego – Chyba ją pogięło. Wyjeżdżać z takim tekstem przed karnawałem… Związek teraz? Nie ma takiej opcji! Proste…

No tak, każdy wie, że karnawał i stałe związki to nie najlepsze połączenie. Wysokie temperatury, duże ilości alkoholu, prawie nagie ciała, ogólna atmosfera zabawy… Karnawał jest na ustach wszystkich już na dobry miesiąc przed jego rozpoczęciem.

W szkołach samby trwają próby przed najważniejszym wydarzeniem w roku – występem na sambodromie. Przygotowania można oglądać za darmo w każdy weekend. Trybuny są zawsze pełne, nawet jeśli na razie wszystko jest bardzo prowizoryczne, nie ma pięknych kostiumów ani gigantycznych ruchomych platform z zachwycającymi tancerkami. Ale jest fajny klimat, dużo samby, okazja, żeby się napić. No i zobaczyć czego będzie można się spodziewać na oficjalnej paradzie.

Bo generalnie karnawał w Rio sprowadza się do alternatywy: sambodrom albo uliczne imprezy (blocos). Najlepiej pogodzić to i to. Zespoły, które będą grać na ulicach również trenują. Wieczorami cariocas gromadzą się na placach i ulicach, aby ich posłuchać, poczuć klimat, spotkać się z przyjaciółmi i zawrzeć nowe, często jednorazowe znajomości.

A w ciągu dnia? Kto może, uderza na plażę! Copacabana i Ipanema są pełne już od wczesnych godzin przedpołudniowych. Przy odrobinie sprytu, zawsze jednak można znaleźć trochę miejsca, żeby rozłożyć cangę, postawić leżak czy parasol. Opalenizna na karnawał musi być! Najważniejsze, żeby był widoczny ślad po bikini. Przyzwyczajona do europejskich standardów opalenizny – czyli jak najmniej białości – zapytałam znajomego, dlaczego Brazylijki są tak dumne z białych paseczków na ciele. – To kwestia kultury. My faceci to uwielbiamy! Taki ślad działa na wyobraźnię, wskazuje prostą drogę do…

Setki ciał jest zajętych robieniem paseczków, kopaniem piłki, popijaniem zmrożonego piwa i oczywiście obcinaniem innych plażowiczów. Gdy któreś ciało nie wytrzymuje czterdziestu stopni, zanurza się w chłodnym oceanie, pławi się w nim chwilę, unosi się na falach, po czym wyciąga się na piasku i pozwala słońcu wysuszyć kropelki wody balansujące na skórze.

Tak, Rio latem jest niesamowite!

Opublikowano uncategorized | 1 komentarz

Podryw po brazylijsku

– Któregoś dnia poszedłem na imprezę. Podeszła do mnie laska, przedstawiła się i zaczęła namiętnie całować. Dla mnie to był szok – mówi Hiszpan Alvaro – w Kraju Basków skąd pochodzę, żeby doszło do pierwszego pocałunku muszą minąć minimum trzy miesiące. Na południu kraju potrzebna jest przynajmniej 10 minutowa rozmowa.

O tym, że Brazylijczycy są narodem o gorącej krwi wie chyba każdy, ale mimo wszystko pierwsze zetkniecie się z tutejszymi obyczajami może być dla niektórych mocnym przeżyciem.

Brazylia to kraj gdzie seksualność wisi w powietrzu. Kadr z filmu "Miasto Boga"

Brazylia to kraj gdzie seksualność wisi w powietrzu. Kadr z filmu "Miasto Boga"

W kraju gdzie seksualność wisi w powietrzu każde miejsce do podrywu jest dobre. Jedenasta rano. Wychodzę z bloku. Na klatce 60-letnia sąsiadka słodko szczebiocze do ucha może kilka lat od niej młodszego portiera. Przechodzę koło baru na mojej ulicy. Jak zawsze pełno w nim studentów z pobliskiego uniwersytetu. Młoda, atrakcyjna brunetka z zalotnym uśmiechem odgarnia burzę loków. Stojący naprzeciwko niej chłopak opiera ramię o ścianę, prawie ją obejmując. Idę dalej. Z autobusu wysiada skąpo ubrana, farbowana na blond czterdziestka. Natura obdarzyła ją sporych rozmiarów pupą, co oczywiście nie umyka uwadze stojących na przystanku panów. Oglądają się za nią. Gwiżdżą. Nie szczędzą komplementów.

Takich obrazków są tysiące. Ale wiadomo – najlepsze miejsce na podryw to impreza. Piątkowa noc. Lapa – dzielnica w centrum Rio znana z mniej lub bardziej szykownych klubów oraz podłych spelun, gdzie usłyszeć można wszystko – od samby, przez reggae, hip-hop, funk a skończywszy na forró. Jednak większość nocnego życia rozgrywa się tu na ulicy. Kobiety w szpilkach, króciutkich sukieneczkach, wolno przechadzają się, seksownie kołysząc biodrami. Popijają caipifrutas. Mężczyźni bardziej na sportowo, niektórzy chętnie odsłaniają pięknie wyrzeźbione ciała – efekt codziennych treningów. Nie brakuje również tych mniej atrakcyjnych, którzy przyszli „na łowy”.

O tak! Lapa, największa „imprezownia” miasta, to zdecydowanie miejsce „na łowy”, podryw, czy jak kto woli – „zawieranie nowych znajomości”. Przedzieram się przez tłum. Co kilka kroków robię unik przed wyciągniętą ręką jakiegoś śmiałego, spragnionego kobiecego ciała pana. Taka metoda podrywu musi być skuteczna, skoro aż tylu ją stosuje… Większość wybiera jednak nieco subtelniejszy początek znajomości – nawiązanie kontaktu wzrokowego.

Spojrzenia też są różne: począwszy od tych dyskretnych, rzucanych ukradkiem, przez te przeciągłe, głębokie, prosto w oczy, przez obcinanie z góry na dół z wyraźną tendencją do fiksacji w okolicy pośladków, a skończywszy na takich, które powodują, że odruchowo się zasłaniam, bo czuję się kompletnie rozebrana wzrokiem.

Nawiązanie kontaktu wzrokowego jest jawnym zachęceniem do flirtu. „Drażni mnie to, że faceci tak mnie obcinają – mówi Czeszka Martina odgarniając z czoła blond grzywkę – postanowiłam pokazać im, że to wcale nie jest miłe jeśli ktoś się gapi. Spojrzałam wyzywająco na kolesia, który mierzył mnie wzrokiem. Obejrzałam go dokładnie z góry do dołu. Żeby poczuł jak to jest. I wyobraź sobie, że on pomyślał, że jestem zainteresowana. Zawołał mnie, żebym podeszła! Musiałam mu tłumaczyć, że to tylko taka zabawa!”

Brazylijka Alice z kolei uwielbia, gdy mężczyźni się za nią oglądają. „Kiedy byłam w Europie nikt na mnie nie zwracał uwagi. Czułam się nieatrakcyjna – wyznaje – tutaj jest inaczej. Wiem, że się podobam. Faceci patrzą za mną, gdy przechodzę ulicą, wołają, że jestem piękna… Kocham to!”

Pewnego upalnego dnia siedzę sobie w barze. Pragnienie gaszę lodowatym sokiem z mangi. Obok śliczna mulatka zamawia açaí. Podbija do niej pewny siebie koleś. Próbuje zagaić, nie słyszę co mówi. Dostaje kosza, ale jeszcze próbuje. Dziewczyna zniecierpliwiona przeprasza go i przysiada się do mnie. – „Safado!” – wzdycha.

Safado to słowo, które ciężko przetłumaczyć na jakikolwiek język. Słownik powie nam, że „safado” to „bezwstydny”. Ale tak naprawdę to znacznie więcej. Safado jest chłopak, który bez obciachu zarywa do laski. To też mężczyzna, który lubi ostry seks. Safada to dziewczyna, która nie zakłada bielizny. Kobieta, która nie ma zahamowań w wyrażaniu swoich pragnień seksualnych. Żeby dobrze zrozumieć znaczenie tego słowa trzeba trochę pobyć w Brazylii.

Opublikowano uncategorized | 2 Komentarze

Ty jesteś biała, a ja czarna

Któregoś wieczoru zbłądziłam trochę idąc na imprezę. Ciemno, okolica odludna. Rzadko przejeżdżające samochody niepokojąco zwalniają. Kierowcy zapraszają mnie do środka. Chcę jak najszybciej dojść na miejsce. Nagle, znikąd pojawia się drobna Murzynka. – Tu jest niebezpiecznie – mówi – pewnie idziesz potańczyć. Mogę cię podprowadzić, razem zawsze raźniej. Chcesz się napić? Podsuwa mi puszkę zimnego piwa i zaczyna opowiadać o imprezie, na którą się udaję. – Byłaś tam już kiedyś? Grają dużo forró. Możesz zjeść coś tradycyjnego. Faceci będą ci stawiać piwo – śmieje się. – Ale uważaj! Nie powinnaś tak sama chodzić! 

Transwestyci w okolicy São Cristovão, foto: Gustavo Stephan

Transwestyci w okolicy São Cristovão, foto: Gustavo Stephan

Za zakrętem, pod latarnią stoją trzy gracje. Wysoki obcas, króciutkie spódniczki w krzykliwych kolorach odsłaniające zgrabne nogi. Włosy „zrobione”. Bluzeczki prześwitujące albo lateksowe. Podchodzimy bliżej. – Poznaj moje koleżanki – mówi Murzynka. „Koleżanki” o mocno wypudrowanych męskich licach całują mnie w policzek na przywitanie.

Priscilla, Melanie i Jessica nie są jednak zbyt rozmowne. Moja nowo poznana towarzyszka tłumaczy im, że mnie odprowadzi na imprezę. Przyglądają mi się nieufnie. – Dobra idziemy! – Murzynka ciągnie mnie za ramię.

– Jak masz na imię? – pyta. – Kasia – wychylam ostatni łyk piwa z „naszej” puszki – Caixa? Dziwne imię. Ja jestem Patrycja. Często mnie tu możesz spotkać. Odwiedź mnie kiedyś. Dzisiaj niestety nie mogę z tobą iść na tę imprezę.

Obok przejeżdża radiowóz. Kierowca zwalnia, opuszcza szybę, przeciągle gwiżdże. – Dokąd to dziewczyny? Może podwieźć? Jego towarzysz nic nie mówi, za to uparcie się w nas wpatruje. – Dzięki, ale nie skorzystamy – Patrycja bierze mnie pod ramię. – A twoja koleżanka? – zwraca się do mnie. – Nie rozumiem co ty robisz w takim złym towarzystwie. Przyspieszamy kroku dając do zrozumienia nadgorliwym stróżom prawa, że ich towarzystwo nie jest najbardziej pożądanym. Odjeżdżają rzucając kilka niewybrednych epitetów pod naszym adresem.

– Ty słyszałaś co on powiedział? – moja czarnoskóra towarzyszka jest wyraźnie przejęta. – Że ja nie jestem dla ciebie dobrym towarzystwem. No tak, ty jesteś biała, a ja czarna. W jej oczach widzę smutek. – Wcale nie uważam, że jesteś złym towarzystwem! Wręcz przeciwnie! – próbuje ją pocieszyć – Cieszę się, że cię poznałam. Przytulam ją. Chwilę stoimy tak na ulicy. – Wiesz co Caixa, fajna jesteś! – ściska mnie mocno i całuje w oba policzki.

– Ej, to mój kumpel!!!! – krzyczy Patrycja na widok przejeżdżającej taksówki. Biegnie za nią, krzycząc i wymachując rękami. Taksówkarz zatrzymuje się. – Chodź, on podwiezie nas za darmo, to mój znajomy. Patrycja siada na przednim siedzeniu. Ja zajmuję miejsce z tyłu. – José!!! – hiperentuzjastycznie wita się z kolegą. Schrypniętym, przepitym głosem opowiada mu naszą historię, grubo okraszając ją wspaniałościami wypowiadanymi na mój temat. José słucha z zaciekawieniem. Dowozi nas na miejsce. – To tam! – pokazuje Patrycja – Baw się dobrze kochana. – to mówiąc przechyla się przez siedzenie i mocno mnie obejmuje. – Chciałam ci jeszcze coś powiedzieć… Nie jestem Patrycja… Mam na imię Weronika. Ale o tym wiedzą tylko ci, którym ufam. Patrzy mi głęboko w oczy. Żegnam się z nimi. Wysiadam.

Opublikowano uncategorized | 1 komentarz

Jeden dzień z życia Marii

8:30 Maria powoli zwleka się z łóżka, które dzieli z dwójką małych dzieci i od czasu do czasu ich ojcem. Mieszka w niewielkim baraku na obrzeżach miasta. Jedyne pomieszczenie służy za sypialnię, kuchnię i salon. Ściany i sufit porasta grzyb, farba odpada płatami. Za kotarą znajduje się coś co przy odrobinie dobrej woli można by

dzieci Marii. foto: Kasia Baran

dzieci Marii. foto: Kasia Baran

nazwać „łazienką”. Łazienka Marii pozbawiona jest bieżącej wody, w zasadzie znajduje się w niej jedynie sedes bez deski i spłuczki i masa najróżniejszych przedmiotów – toaleta jest również składzikiem.

Maria spogląda na dzieci. Te jeszcze śpią. – Dobrze – myśli Maria – zanim się obudzą zdążę pogadać z sąsiadką. Sąsiadka ma na imię Paula i jest najlepszą kumpelą Marii. Nieraz pilnuje jej dzieci, kiedy ta musi coś załatwić, czasem pożyczy ryż, fasolę czy jakieś drobne. No i najważniejsze: Paula jest najlepiej poinformowaną osobą na faweli. Wie kto z kim, kiedy, jak i dlaczego. Zawsze rzuci garść jakichś ciekawych wieści.

8:45 Maria aby wziąć prysznic przechodzi przez podwórko i wchodzi do drewnianej budy, prowizorycznej konstrukcji mającej ochronić jej nagie ciało przed ciekawskim wzrokiem sąsiadów. Odkręca kurek, ze sterczącej nad jej głową rury wytryska zimna woda. Myje się i wyciera mocno już przybrudzonym ręcznikiem. Zarzuca na siebie znoszone, ale wygodne ubranie.

9:00 Maria bez pukania wchodzi do domu Pauli. „STSZYŻENIE DAMSKIE MENSKIE MANIKJUR PEDIKJUR” – krzyczy czerwony napis na drzwiach. – Paula! To ja! Maria! Jesteś w domu? – schrypnięty głos wydobywa się z gardła Marii. Zza kotarki oddzielającej „salon fryzjersko-kosmetyczny” od reszty pomieszczenia wyłania się chuda Murzynka. Podaje Marii kubek gorącej kawy i kawałek chleba z margaryną. – Co tam, kochana? – pyta przyjaciółkę.

9:15 Rozmowę kobiet przerywa płacz dziecka. – Pewnie Paulinho się obudził– mówi Maria i wraca do domu nakarmić dzieci. Poranek to czas na domowe obowiązki: mycie dzieci, pranie – do tego celu idealnie służy balia na podwórku. Potem już trzeba zabrać się za gotowanie obiadu. Na niewielkiej kuchence Maria stawia 2 garnki: jeden z ryżem, drugi z fasolą. Strawa prosta, ale sycąca. Dziś mięsa nie będzie. Może jutro, pod warunkiem, że jakiś klient coś kupi. Wczoraj Maria zdobyła nowy towar, liczy na zarobek.

Mieszkanie Marii. Foto: Kasia Baran

Mieszkanie Marii. Foto: Kasia Baran

12:00 Pora na obiad. Z ustawionego w kącie telewizora dobiega głos uduchowionego piosenkarza gospel: „Przyjdź do mojego domu, pojaw się w moim życiu…”. Maria nuci razem z nim. Przychodzi Paula i Carlos – partner Marii. Mężczyzna w milczeniu szybko pochłania strawę i wychodzi. Kobiety jedząc nadrabiają zaległości w najnowszych wydarzeniach na faweli. – Wczoraj była u mnie Priscilla na manikiurze – mówi Paula – Podejrzewa, że mąż zdradza ją z sąsiadką. Biedna, niestety ma rację. Zresztą, nie tylko z sąsiadką…

14:40 Kobiety pogrążone w rozmowie popijają słodką kawę. Ktoś puka do drzwi. – Można wejść! – krzyczy Maria. – A to ty, Glauber… Mam dla ciebie coś. Glauber, chudy, niski Mulat, lat 30, choć wygląda na więcej, jest wiernym klientem Marii. – Piętnastka jak zawsze, nie? – pyta kobieta, szperając w składziko-łazience za kotarą. – Nie może być inaczej – Glauber w szerokim uśmiechu odsłania wybrakowane uzębienie. Z kieszeni wydobywa banknot 20 reali. – Wpadnę potem do ciebie z ziomalami to spalimy piąteczkę. – rzuca na odchodne.

15:10 Na ziomali nie trzeba długo czekać. Wchodzą do baraku Marii jeden za drugim i zajmują miejsca na łóżku, krzesłach. Glauber – najstarszy z nich staje w drzwiach. Z plastikowej torby wyjmuje butelkę cachaçy i polewa każdemu. Ktoś skręca dżointa, ktoś kupuje od Marii towar, ktoś opowiada kawał, kto inny komentuje wynik ostatniego meczu. Za placami siedzących na łóżku spokojnie śpią dzieci. Atmosfera wesołości, niczym unoszące się w powietrzu opary trawki, ogarnia towarzystwo.

19:40 Wszyscy są już dobrze zaprawieni. Można iść na imprezę. Najlepiej do lokalnego klubu Caldinho – nazwanego tak przez mieszkańców faweli na cześć sprzedawanych przed jego wejściem gorących zup. Maria zostawia dzieci u sąsiadki. Zakłada „wyjściową” sukienkę. Różowa kreacja z ozdobnymi brokatowymi aplikacjami podkreśla jej obfite kształty. Włosy przygładza żelem.

Przyjaciele Marii. Impreza w Caldinho. Foto: Kasia Baran

Przyjaciele Marii. Impreza w Caldinho. Foto: Kasia Baran

20:30 Przed Caldinho jak zwykle tłoczno. Głośną muzykę słychać już dwie ulice wcześniej. Maria wita się ze znajomymi. Wewnątrz baru kilka par tańczy forró w rytm najpopularniejszego ostatnio hitu grupy „Czarne majteczki”. Maria kiwa się rytmiczne. Czuje się szczęśliwa. Trochę dziś zarobiła, jest ze swoimi ludźmi, muzyka i alkohol pozwoliły zapomnieć o problemach. Tak, to był dobry dzień.

 

Bohaterce tego tekstu celowo nadałam imię Maria, gdyż jest ono najpopularniejsze w Brazylii, a kobiet takich jak ona są tysiące. Maria jako taka nie istnieje – jest kompilacją różnych kobiet, które poznałam mieszkając pół roku w Paraibie, jednym z najbiedniejszych stanów Brazylii. 

[Hit „Czarnych Majteczek” – forró to ukochana muzyka Marii]

Opublikowano uncategorized | 2 Komentarze

Autobus 411

Piątek, parę minut po dziesiątej. Wsiadam do autobusu 411, który zawiezie mnie do centrum. Zajmuję miejsce z tyłu pojazdu. Chwilę później nie ma już miejsc siedzących. Pasażerowie, jedni pogrążeni w swoich myślach tępo spoglądają przez szybę, inni znudzeni obcinają wsiadających. Jest gorąco, ktoś nerwowym ruchem uchyla okno. Ktoś kogoś potrąca, przeprasza. To równie dobrze mógłby być obrazek z Warszawy, albo z jakiegokolwiek innego miasta. Ale zaraz wydarzy się coś co w Polsce nie miałoby miejsca. Czytaj dalej

Opublikowano uncategorized | 2 Komentarze

Być albo nie być… za Flamengo!

Finał ligowych mistrzostw stanu Rio de Janeiro. Flamengo vs. Fluminense. Dwaj wielcy rywale. W barze na rogu ulicy popijam zimnego browara. Za chwilę w rzutach karnych rozstrzygnie się kto wygra w tym roku. Nikt nie siedzi, wszyscy zdenerwowani wpatrują się w telewizor. Napięcie czuje się w powietrzu. Seria strzałów, po każdej bramce okrzyki. Jedni rzucają się sobie w ramiona, inni łapią się za głowy. Wygrywa Flamengo. Z pobliskiej faweli dobiega echo wystrzałów, eksplozji petard. „Raz Flamengo, na zawsze Flamengo…” – śpiewają fani. Czytaj dalej

Opublikowano uncategorized | Dodaj komentarz